Amazon otwiera sezon Gwiazdkowych Wojen

Dron w locie, źródło: Amazon

Wczoraj przez internet przeleciały drony Amazona. Amerykański gigant handlu internetowego zapowiedział, że od 2015 r. chce wprowadzić usługę Prime Air – dostarczać paczki drogą powietrzną – dronami. Dla Esynapsy to skuteczna reklama przed Bożym Narodzeniem. Darmowa.

Dron będzie zabierał paczkę nie cięższą niż 2,26 kg (przesyłki do tej wagi stanowią większość przesyłek Amazona) startował z jednego centrów logistycznych i najdalej w 30 minut dostarczał przesyłkę klientowi.
Brzmi to obiecująco. Jest jednak kilka poważnych trudności, które każą przypuszczać, że news o dronach jest świetną reklamą w gorącym okresie przedświątecznym:

• małe, bezzałogowe transportery nie są dopuszczone do ruchu nad terytorium Stanów Zjednoczonych, a właśnie tam ma być testowana nowa usługa. Federal Aviation Administration, urząd nadzorujący ruch lotniczy, dopiero prowadzi prace nad regulacjami, a zakończenie tych prac przewidziano na grudzień roku 2015. Nie wydaje się, by w kraju, gdzie doszło do poważnych zamachów terrorystycznych, urząd pozwolił na wprowadzenie dronów do ruchu.

• dron ma niewielki zasięg, jedynie do 16 km, co sprawia, że mógłby dostarczać paczki na niewielkim obszarze. Sieć centrów logistycznych musiałaby być dużo gęstsza niż teraz, a to byłoby nieopłacalne dla firmy.

• ryzyko kradzieży i wandalizmu. W Stanach, gdzie istnieje dostęp do broni palnej, drony byłby łupem nie tylko złodziei, ale też domorosłych myśliwych, którzy testowaliby na „samolocikach” swoje umiejętności.

Te ograniczenia sprawiają, że drony może nie są tak odległą sprawą jak Gwiezdne Wojny, ale są Gwiazdkową Wojną o klientów. Amazon wypuścił na rynek informację, która niewiele go kosztowała, a wszystkie poważne serwisy o tym napisały.

O ciekawy komentarz do sprawy pokusiła się Natalia Hatalska, która na swoim blogu porównała przychody Wal-martu i Amazona. Obrót tego pierwszego jest dziesięciokrotnie wyższy, co zdaniem Hatalskiej, dowodzi tego, że ludzie chcą mieć swoje zakupy już, za chwilę, nie za 24 czy 48 godzin. Hatalaska przekonuje też, że rozwój różnych usług typu: „kliknij – odbierz w wybranym punkcie”: jest właśnie dążeniem do skracania czasu dostawy.

Bezsprzecznie, czas dostawy ma kluczowe znaczenie w zadowoleniu klientów z obsługi sklepu internetowego. Jest też znaczącym elementem w konkurencji między firmami.
Mam jednak wrażenie, że zaufanie i przekonanie, że otrzymam przesyłkę w czasie zapowiedzianym przez sklep, nawet jeśli są to 3-5 dni, jest dużo istotniejsze.

Dążenie do szybkich, krótszych niż jeden dzień dostaw, odbieram po prostu jako chęć szybkiej rotacji towarów w firmach handlowych i wygrywania na rynku. Jeśli jako mieszkaniec Warszawy chcę szybko dostać jakąś książkę, idę do księgarni. Jeśli nie jest to nic pilnego, spokojnie poczekam kilka dni.

A gdybym mieszkał na wsi na Roztoczu, to żaden dron tam nie doleci. Amazonowi się nie opłaci.